Konspekt katechezy o błogosławionej Karolinie

TEMAT: DROGA DO ŚWIĘTOŚCI BŁOGOSŁAWIONEJ KAROLINY KÓZKÓWNY.

Cel ogólny:

- ukazanie bł. Karoliny jako człowieka odważnie kroczącego drogą świętości.

Cele szczegółowe:

- wskazanie „mężnego praktykowania życia z wiary”, jako drogi do osiągnięcia świętości

- przedstawienie postaci bł. Karoliny Kózkówny

- ukazanie bł. Karoliny jako wzoru dla współczesnej młodzieży

Metody i formy pracy:

- analiza tekstu

- praca w grupach

- rozmowa kierowana

Pomoce dydaktyczne:

- Życiorys (dostępny w Internecie)

- fragmenty książki (ks. Ireneusz Werbiński, Ateneum Kapłańskie 2000, s.33-40))

Przebieg katechezy:

I. MODLITWA

II. WPROWADZENIE

1. Katecheta ukazuje polskich świętych i błogosławionych, z wyakcentowaniem współczesnych świętych.

2. Skupienie uwagi uczniów na postaci bł. Karoliny Kózkówny

III. POGŁĘBIENIE

1. Zapoznajemy uczniów z życiorysem bł. Karoliny

2. Praca w grupach.

Dzielimy klasę na grupy. Każda grupa otrzymuje teksty (załączniki nr 1 - 9) z poleceniem:

Znajdź i omów cechy świętości jakie posiadała Karolina.

IV. PODSUMOWANIE

1. Ukazanie bł. Karoliny jako patronki współczesnej młodzieży.

2. Zapisanie w zeszycie cech świętości bł. Karoliny

V. WIERSZ O BŁOGOSŁAWIONEJ KAROLINIE (załącznik nr 10)

VI. MODLITWA

Załączniki 1- 10.

Zał.1.

Przez jeden rok po ślubie Maria i Jan Kózkowie mieszkali u matki Borzęckiej. Później przenieśli się na własne2-hektarowe gospodarstwo i do własnego skromnego domu, wybudowanego z wielkim wysiłkiem i staraniem. Dom był drewniany, kryty słomą, frontem zwrócony ku wschodowi, przegrodzony sienią. Po lewej stronie była izba mieszkalna, po prawej obora dla bydła. Do domu prowadziły jedne drzwi. Wchodziło się najpierw do obory, potem do sieni i dopiero do mieszkania. Na południowej ścianie dobudowano komórkę na zboże - na północnej zaś pomieszczenie dla konia. W izbie mieszkalnej były dwa okna - jedno na ścianie frontowej, drugie od południa. Sufit z desek ułożonych na belkach. Na środkowej wyryte litery IHS. Ściany lepione gliną i pobielane wapnem.

Piec z okapem, dwa łóżka, stół, ława, święte obrazy na ścianach. Kózkowie żyją tu wraz z dziećmi w zgodzie pośród nieustannej pracy. Miarą ich pracowitości i troski o przyszłość dzieci jest powiększenie stanu posiadania z 2 do 6 hektarów gruntu. Uciążliwą i wyczerpującą pracę osładzało wzajemne zrozumienie, wielka miłość, cierpliwość i wytrwałość w realizowaniu powziętych zamierzeń. Szczególny wpływ na rodzinę miała matka. Starannie przygotowywała każde dziecko do spowiedzi i I Komunii św. Pięcioro z nich doprowadziła do Komunii św. w Radłowie, troje w nowym kościele w Zabawie. Z czasem w nauce katechizmu wyręczać ją zacznie Karolina. Dni powszednie u Kózków były prawie zawsze takie same. Rodzice wstawali do pracy o godzinie 4°°, dzieci o 5°°.

W zimie wstawano o godzinę źniej. Rodzice głośno śpiewali Godzinki, każde z osobna, podczas wypełniania odpowiedniej posługi w gospodarstwie. Dzieci budziły się w czasie tego śpiewu, myły się i ubierały. Następnie cała rodzina odmawiała pacierz przed obrazem Najświętszego Serca. Po wspólnej modlitwie zasiadano do śniadania. Jadano różne polewki, barszcz, żur z ziemniakami lub chlebem, chleb z mlekiem, a w święta nawet kawę i chleb z masłem albo serem. Dzięki matce, która pochodziła z zamożnej i kulturalnej rodziny, posiłki, choć skromne, przygotowywane były z pewną starannością. Po śniadaniu rozchodzono się do zajęć: do szkoły, do gospodarstwa, na pańskie. Południową porą cała rodzina odmawiała Anioł Pański i zasiadała do wspólnego obiadu.

Zazwyczaj były to ziemniaki z kapustą okraszoną masłem lub słoniną, czasem groch, kasze – najczęściej z kukurydzy. W święto kluski pszenne albo pierogi z serem. Po obiedzie znów wszyscy powracali do pracy. Kolację spożywano zazwyczaj o zmierzchu. Jadano ziemniaki pozostałe z obiadu i kwaśne mleko, kasze na mleku, polewki z ziemniakami albo chlebem. Przed kolacją odmawiano Anioł Pański i śpiewano Wszystkie nasze dzienne sprawy. Do tej wieczornej pieśni szczególnie przywiązany był ojciec - mawiał, że po jej odśpiewaniu czuje się, jak gdyby już był syty. Modlitwę przy posiłku odmawiał ojciec, a pod jego nieobecność matka. Kiedy obydwoje byli poza domem, modlitwom przewodniczyła Karolina. Modlitwy poranne i wieczorne prowadziła zawsze matka.

Niedziele i święta obchodzono szczególnie uroczyście. Nie wolno było wykonywać żadnych zbędnych prac - w sobotę czyszczono buty, sprzątano gospodarskie obejście, przystrajano kwiatami obrazy.

 

Zał. 2.

O godz. 8°° wychodzili do kościoła rodzice, a czasem również Karolina, aby zdążyć na śpiewanie różańca, które odbywało się zawsze przed sumą. Młodsze dzieci, zazwyczaj z Karoliną, udawały się do kościoła nieco później. Zawsze jednak jedno ze starszych dzieci pozostawało w domu. Suma była jedyną Mszą Świętą niedzielną w kościele w Zabawie, odprawianą o godz. 10°°. W niedziele Wielkiego Postu po sumie rozpoczynała się Droga Krzyżowa, a po niej Gorzkie żale. Po powrocie z kościoła i obiedzie większość członków rodziny udawała się na nieszpory, pozostali śpiewali nieszpory w domu. W niedzielne popołudnia w domu Kózków zbierali się chętnie sąsiedzi na głośne czytanie książek i czasopism, na śpiewanie pieśni i wspólną modlitwę, zwłaszcza w okresie

Bożego Narodzenia - przy jedynej w przysiółku szopce. Z tego powodu dom Kózków otrzymał żartobliwą, ale jakże wiele mówiącą nazwę Betlejemki albo Jerozolimki. Środowisko religijne przysiółka w niemałej mierze było odzwierciedleniem życia religijnego parafii. Przez długi czas, od chwili powstania osiedla Wał-Rudy, ośrodkiem życia duchowego wioski był kościół i parafia w Radłowie. Mały, zabytkowy kościół, w którym proboszczem był niegdyś sławny Stanisław Hozjusz, nie mógł pomieścić wszystkich parafian, więc w 1910 r. zabrano się do budowy nowego kościoła w Zabawie. Ten kościół stał się ośrodkiem nowo powstałej parafii, do której przyłączono wieś

Wał-Rudę. W lipcu 1913 roku przybył do Zabawy jej pierwszy duszpasterz - ks. Władysław Mendrala. Gorliwość proboszcza stała się rychło widoczna w wielu dziedzinach. Pilnie katechizował, starannie przygotowywał dzieci do I Komunii św., wiele spowiadał. Budził i rozwijał kult Najświętszego Serca Jezusa, nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny oraz Świętych, zwłaszcza św. Stanisława Kostki - patrona młodzieży. Szczerością swych działań i zatroskaniem o dobro powierzonych mu wiernych zdobył sobie uznanie i szacunek całej parafii. W takim to środowisku, w religijnej atmosferze Wał-Rudy, dnia 2 sierpnia 1898 roku przyszła na świat Karolina, jako czwarte

z kolei dziecko Jana i Marii Kózków. Ochrzczona została 7 sierpnia w kościele parafialnym w Radłowie przez ks. Józefa Olszowskiego, w obecności rodziców chrzestnych - Jana Kosmana i Karoliny Łopuszyńskiej. Naukę w szkole wiejskiej Karolina rozpoczęła w 1906 roku. Była to tzw. szkoła czteroklasowa - nauka trwała sześć lat. Po jej ukończeniu Karolina uczęszczała ponadto do tzw. klasy uzupełniającej, gdzie lekcje odbywały się trzy razy w tygodniu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zachowała się fotografia Karoliny, reprodukowana ze zdjęcia grupowego uczennic i uczniów, wraz z kierownikiem szkoły Franciszkiem Stawiarzem. Na zdjęciu widać Karolinę

tuż obok kierownika, częściowo zasłoniętą przez stojące przed nią koleżanki. Rysy twarzy wyraziste, twarz harmonijna, raczej podłużna, czoło wysokie, włosy bujne, zaczesane gładko do tyłu. Współcześni jej świadkowie uzupełniają ten obraz informacją, że włosy miały odcień kasztanowy, jakby nieco rudy; twarz miła i pociągająca, znaczona tu i ówdzie plamkami piegów. Wzrostem i budową fizyczną Karolina przewyższała rówieśniczki.

Duchową sylwetkę dobrze zdają się odzwierciedlać nadawane jej przez otoczenie określenia: prawdziwy anioł, najpobożniejsza dziewczyna w parafii, pierwsza dusza do nieba.

Zał. 3.

 Bardzo gorliwie uczestniczyła we Mszy Świętej i tak długo, jak było możliwe, adorowała

Pana Jezusa w tabernakulum. Miała wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej. Szczególnie w okresie Wielkiego Postu towarzyszyła Jezusowi Cierpiącemu, odprawiając Drogę Krzyżową, uczestnicząc w niedzielnych Gorzkich żalach, ofiarowując Zbawicielowi związane z tym niedogodności i wyrzeczenia. Najświętsze Serce Jezusa czciła w każdy pierwszy piątek miesiąca, przystępując do spowiedzi i przyjmując Komunię Świętą wynagradzającą. Wobec Najświętszej Dziewicy żywiła dziecięcą ufność oraz miłość, mawiając o Niej moja Matka Boża. Codziennie odmawiała różaniec. Modlitwa ta dostarczała jej wiele wewnętrznej radości. Gorąca miłość ku Bogu objawiała się

w posłuszeństwie Bożym przykazaniom. Była wzorową uczennicą. Ze szczególnym zamiłowaniem uczyła się religii. Znajomość prawd Bożych pogłębiała przez czytanie Pisma Świętego, żywotów świętych oraz innych książek i czasopism religijnych. W pracy była niestrudzona: robota paliła się jej w rękach - mówiono. Pomagała rodzicom, pomagała sąsiadom, głównie w pracach polnych, służyła rodzeństwu, między innymi szyjąc dla nich odzienie. Była bardzo wrażliwa na cierpienia drugich, zwłaszcza chorych, którym starała się pomóc na miarę swych możliwości. Swą życzliwością i dobrocią wprowadzała w otoczenie dużo optymizmu i radości. Apostolska

działalność Karoliny uzewnętrzniała się w znacznej mierze w działalności grup parafialnych. Były to: Apostolstwo Modlitwy, Bractwo Wstrzemięźliwości, żywy Różaniec. We wszystkich była jedną z pierwszych zapisanych osób.

Działalność ta musiała być bardzo owocna, skoro proboszcz Zabawy, ks. Władysław Mendrala, zapewniał, że Karolina była mu prawą ręką w organizowaniu życia parafialnego. Podobną apostolską gorliwość ujawniała w rodzinnym przysiółku, pomagając swemu wujowi Franciszkowi Borzęckiemu w prowadzeniu czytelni. Tak schematycznie zarysowana postać Karoliny, prosta i czytelna, zawiera jednak w sobie pewną tajemnicę. Otóż z jednej strony jej skromne, wiejskie życie daje się zamknąć w stosunkowo niewielu zdaniach. Z drugiej jednak, zwłaszcza przy bliższym zaznajomieniu się, dostrzega się u niej wielkie bogactwo życia religijnego; jakby namacalnie odczuwa się obecność łaski Bożej. Z jednej strony - jak zeznają naoczni świadkowie - jej postępowanie mieściło się w ramach zwyczajnej, choć gorącej pobożności wiejskiej. Z drugiej zaś, ci sami świadkowie, ludzie religijni i trzeźwi, dają wyraz przekonaniu, iż Karolina w swym życiu nie popełniła nawet grzechu lekkiego, a jej cnoty nosiły znamię heroiczności.

Zał. 4.

Pamiętny dzień 18 listopada był drugim dniem pobytu wojsk w Wał-Rudzie. Rankiem tego dnia Karolina wyraziła pragnienie udania się do kościoła. Chciałabym pójść do kościoła - mówiła matce - bo tak się dzisiaj czegoś boję. W kościele odbywała się nowenna ku czci św. Stanisława Kostki. Okazało się, że i matka miała jakieś niedobre przeczucie. Stanowczo zabroniła wyjścia, uważając, że będzie bezpieczniej, jeśli Karolina zostanie w domu, a na nowennę pójdzie ona sama wraz z młodszą córką Teresą. Tak się też stało. Matka udała się do kościoła, Karolina zaś pozostała w domu razem z ojcem, siostrą Rozalią i maleńkim braciszkiem Władysławem, w kołysce. Około godziny 9°° nieoczekiwanie wszedł do domu uzbrojony żołnierz rosyjski. Później okazało się, że był to ten sam,

któremu w sąsiedztwie bezpośrednio przedtem szczęśliwie uciekła napastowana przez niego młodsza koleżanka Karoliny, Maria Gulik. Gdy wszedł, Karolina przygotowywała akurat śniadanie domownikom, ojciec zaś nosił ze stodoły paszę dla bydła. Uzbrojony żołnierz, rozejrzawszy się wokoło, zapytał, gdzie są wojska austriackie, na co Karolina odpowiedziała, że nie wie i natychmiast poleciła młodszej siostrze Rozalii przywołać ojca. Przybył spiesznie. Żołnierz powtórzył pytanie, które zresztą nie miało sensu, ponieważ o kierunku wycofywania się Austriaków wiedzieli lepiej ścigający Rosjanie niż przestraszeni mieszkańcy wioski. Usłyszał więc taką samą jak przedtem odpowiedź. Ojciec usiłował jeszcze poczęstować go chlebem, masłem, śmietaną, ale żołnierz odtrącił to wszystko. W tej samej chwili Karolina spróbowała wymknąć się z mieszkania. Żołnierz jednak zastawił wyjście, przytrzymując nadto drzwi klamką. Chwyciwszy następnie Karolinę za rękę, kazał jej oraz ojcu ubierać się w drogę, rzekomo do komendanta, mówiąc przy tym do Karoliny: Ładna jesteś, ty mi drogę pokażesz! Napadnięci próbowali protestować i tłumaczyć się niewiedzą, ale wywołało to tylko większą wściekłość żołnierza.

Karolina, szarpnięta gwałtownie ku drzwiom, zaledwie miała czas po raz ostatni spojrzeć na obraz Matki BoŜej

Nieustającej Pomocy, zarzucić na siebie kurtkę brata i chusteczkę na głowę. Wyszedłszy z domu, ojciec i Karolina skierowali się ku wsi, w nadziei, że w razie niebezpieczeństwa łatwiej tam będzie o ratunek. żołnierz jednak rozkazał stanowczo: Idziemy do lasu. Pozostawiona w domu Rozalia wyszła na dwór, wołając z płaczem: Tato wróć! Karolino wracaj! Żołnierz odwrócił się i pogroził jej pięścią. Wkrótce po wejściu w las, napastnik przyłożył ojcu lufę karabinu do głowy, nakazując wrócić do domu. Ten jednak prosił usilnie, aby on sam mógł iść dalej, zaś Karolina niechaj wraca do domu. Także Karolina prosiła: Tato, nie odchodź. Prośby na nic się jednak zdały i sterroryzowany ojciec, oszołomiony szybkością następujących po sobie wydarzeń, zawrócił, udając się do swego

szwagra Macieja Głowy. Przyszedłszy tam zaledwie mógł wykrztusić, co się stało. Mówił nieskładnie: W lesie... Karolina... żołnierz.

Tymczasem Karolina pozostała sam na sam z dzikim i uzbrojonym złoczyńcą, który przemocą prowadził ją w głąb lasu. Żołnierz przytrzymywał karabin na lewym ramieniu, prawą zaś ręką trzymał i popychał idącą. W pewnym jednak momencie - dziewczyna wyrwała się i zaczęła uciekać.

Całe zdarzenie widziało dwóch świadków. Relacja tych świadków oraz wszystkie inne spowodowały wielkie poruszenie we wsi.

Zał. 5.

Karolina prosiła: Tato, nie odchodź. Prośby na nic się jednak zdały i sterroryzowany ojciec, oszołomiony szybkością następujących po sobie wydarzeń, zawrócił, udając się do swego szwagra Macieja Głowy. Przyszedłszy tam zaledwie mógł wykrztusić, co się stało. Mówił nieskładnie: W lesie... Karolina... żołnierz. Tymczasem Karolina pozostała sam na sam z dzikim i uzbrojonym złoczyńcą, który przemocą prowadził ją w głąb lasu. Żołnierz przytrzymywał karabin na lewym ramieniu, prawą zaś ręką trzymał i popychał idącą. W pewnym jednak  momencie - dziewczyna wyrwała się i zaczęła uciekać. Całe zdarzenie widziało dwóch świadków. Relacja tych świadków oraz wszystkie inne spowodowały wielkie poruszenie we wsi. Proboszcz, ks. Władysław Mendrala, udał

się natychmiast z protestem do komendy wojsk rosyjskich. Rozpoczęto poszukiwania w lesie. Do poszukiwań przydzielono kilku żołnierzy. Dowództwo wojskowe przekazało - jak zapewniano - meldunki do okolicznych posterunków. Na próżno. Poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu. W domu Kózków tymczasem wszyscy przezywali najczarniejsze chwile. Za każdym skrzypnięciem drzwi podrywano się ze słowami: Karolina wraca.

Nie wracała. Maria Kózkowa czyniła wyrzuty mężowi, mówiąc, że raczej dałaby się porąbać, niż miałaby opuścić Karolinę. Mieszkańcy wioski nie obwiniali jednak ojca. Znając go wiedzieli, że uczynił to w najwyższym przerażeniu, niemal nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje. On sam przeżywał wszystko podwójnie boleśnie i jakby nie mogąc znaleźć innego wytłumaczenia dla zaistniałych wydarzeń, zwykł mawiać do końca życia: Tak się stało - Bóg tak chciał. Po dwóch tygodniach, dnia 4 grudnia, jeden z mieszkańców wioski, Franciszek Szwiec, zbierający w lesie drwa natknął się na martwe ciało Karoliny. Znajdowało się po przeciwnej stronie lasu, a więc nie

tam, gdzie poszukiwano, ale na trzęsawisku w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów od otwartego pola. Karolina leżała na wznak, z prawą dłonią zaciśniętą, wspartą na łokciu drugiej ręki, i skierowaną ku górze. Lewa ręka, ściskająca chustkę w zaciśniętej pięści, leżała na ziemi. Pod głową i barkami znajdowała się kałuża zamarzniętej krwi. W pewnej odległości znaleziono porzucone, być może dla ułatwienia ucieczki, buty Karoliny, jeszcze dalej kurtkę. Franciszek Szwiec natychmiast udał się z bolesną nowiną do domu Kózków. Córkę wam znalazłem - rzekł - leży zabita w lesie. Ojciec powtarzając: Zabita, zabita, zaprzągł konia do wozu, aby przywieźć martwe ciało dziewczyny. Powiadomiono także proboszcza.

Pogrzeb Karoliny był pierwszym przejawem jej kultu. Pomimo trwających działań wojennych zgromadziło się ponad 3 tysiące wiernych. W wygłoszonych przemówieniach przewijał się motyw chrześcijańskiej świętości i męczeństwa. W całej parafii panowało głębokie przekonanie o świętości życia Karoliny i o tym, że życie swe złożyła w heroicznej obronie czystości. Z biegiem miesięcy i lat, pomimo nieszczęść straszliwej wojny, pomimo czasowego wysiedlenia ludności i trudnych chwil powojennych, osoba Karoliny nie odchodziła w niepamięć. W kilka miesięcy po bolesnych wydarzeniach, na miejscu odnalezienia ciała postawiono wysoki krzyż z figurką Zbawiciela oraz tablicę marmurową u stóp tego krzyża z napisem: "Ku pamięci szesnastoletniej Karoliny

Kózkównej zamordowanej 18 listopada 1914 r." Poniżej umieszczono następujący wiersz:

"Kiedy najeźdźcy, jak wzburzona fala, Jej wieś zalali, w las uprowadzona Zginęła z ręki dzikiego Moskala Po krwawej walce śmiertelnie raniona. Droższą niż życie była dla niej cnota, Gdy w jej obronie stoczyła bój z wrogiem. Milszą śmierć sroga niż grzechu sromota, Więc męczennicą stanęła przed Bogiem".

Zał. 6.

Zeznania świadków w procesie beatyfikacyjnym potwierdzają, że do modlitwy Karolina przywiązywała dużą wagę. Należy przypuszczać, że na tę postawę duży wpływ miała atmosfera domu rodzinnego. Cała rodzina Karoliny codziennie klękała do modlitwy wieczornej, zawsze modlono się przed posiłkiem i po posiłku. Analiza świadectw zebranych w czasie procesu beatyfikacyjnego pozwala stwierdzić, że modliła się w sposób bardzo prosty, ale głęboki. Świadkowie jej życia podkreślają, że choć lubiła się modlić, „nigdy nie opuszczała pracy dla

modlitwy. Modliła się po wykonaniu tego, co do niej należało". W tej postawie Karoliny widać zadziwiające podobieństwo do wskazań ojców pustyni, co do modlitwy: nie wolno mnichowi zaniedbywać pracy pod pozorem dłuższego trwania na modlitwie. Zawsze też w niedzielę i święta, wraz z całą rodziną, uczestniczyła we Mszy świętej. O ile tylko mogła, starała się też uczestniczyć we Mszy świętej w dni powszednie. Tu znowu mamy potwierdzenie, że w dni powszednie uczęszczała do kościoła, gdy miała czas. Starała się, aby przez to nie zaniedbywać obowiązków zleconych jej przez rodziców. „W kościele nie przeciągała modlitw, by nie psuć porządku domowego, a zimową porą, by nie zaszkodzić sobie na zdrowiu". W życiu i przy pracy cechował ją duch optymizmu, wszystkie obowiązki spełniała sumiennie, nie żaląc się nigdy na nawał pracy. Należy zwrócić uwagę

na to, że przeważnie wykonywała proste prace, które dziś wielu ludziom, szczególnie młodym, mogą się wydawać poniżające. W postawie Karoliny widać właściwą harmonię i więź między modlitwą, pracą i realizacją drogi powołania życiowego, w czym Kościół upatruje właściwy wzorzec dla każdego chrześcijanina. Karolina praktykowała też modlitwę nieustanną. „W ciągu dnia pamiętała o obecności Bożej, często w czasie pracy [...] wyrywały się jej akty strzeliste i westchnienia pobożne". Jej siostra stwierdziła, że pamięci na ciąą obecność Boga w życiu człowieka uczyli ich rodzice, a Karolina starała się praktykować to w życiu.

Tomasz Merton mówi, że niewtajemniczeni mogą sobie wyobrażać, iz w modlitwie nieustannej chodzi o ciągłe trwanie na klęczkach i odmawianie jakichś tekstów modlitewnych. Takie wyobrażenie o modlitwie wywołuje poczucie nudy, niemożności jej zrealizowania i rodzi jej negatywny obraz. Nieustanne trwanie na modlitwie nie oznacza jakiegoś negatywnego wysiłku zmierzającego do odrzucenia wszelkich zajęć, by poświęcić się wyłącznie recytowaniu specjalnych formułek i rozważaniu określonych tematów. Trzeba dążyć do tego, aby stale żyć w atmosferze modlitwy, to znaczy, zwracać się do Boga całym sobą, oddając głębię swego wnętrza Jego miłości przebaczającej. Wówczas „wszystko staje się modlitwą, skoro chcesz, aby nią było". Trapista z Gethsemani jest

zdania, że nietrudno jest modlić się bez przerwy, jeżeli modlitwa nie ogranicza się jedynie do umysłu lub serca, lecz ogarnia nas całych. Można powiedzieć, że tego ducha widać u Karoliny, która wszystkie doświadczenia w relacji z Bogiem uobecniała w służbie pełnej miłości wobec bliźnich.

Jak intensywnego życia wewnętrznego i współpracy z łaską trzeba było, aby w tak krótkim czasie osiągnąć dojrzałość duchową i świętość. Bóg wybrał Karolinę i „przyozdobił szatą zbawienia", aby była znakiem na dzisiejsze czasy, gdy trzeba walczyć o czystość serca z taką determinacją, jaką ona nam pokazała.

Dnia 10 czerwca 1987 roku podczas mszy św. na tarnowskich Błoniach, Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił Karolinę Kózkówną - błogosławioną.

 

Zał. 7.

Pogrzeb Karoliny był pierwszym przejawem jej kultu. Pomimo trwających działań wojennych zgromadziło się ponad 3 tysiące wiernych. W wygłoszonych przemówieniach przewijał się motyw chrześcijańskiej świętości i męczeństwa. W całej parafii panowało głębokie przekonanie o świętości życia Karoliny i o tym, że życie swe złożyła w heroicznej obronie czystości. Z biegiem miesięcy i lat, pomimo nieszczęść straszliwej wojny, pomimo czasowego wysiedlenia ludności i trudnych chwil powojennych, osoba Karoliny nie odchodziła w niepamięć. W kilka miesięcy po bolesnych wydarzeniach, na miejscu odnalezienia ciała postawiono wysoki krzyż z figurką Zbawiciela oraz tablicę marmurową u stóp tego krzyża z napisem: "Ku pamięci szesnastoletniej Karoliny

Kózkównej zamordowanej 18 listopada 1914 r." Poniżej umieszczono następujący wiersz:

"Kiedy najeźdźcy, jak wzburzona fala, Jej wieś zalali, w las uprowadzona Zginęła z ręki dzikiego Moskala Po krwawej walce śmiertelnie raniona. Droższą niż życie była dla niej cnota, Gdy w jej obronie stoczyła bój z wrogiem. Milszą śmierć sroga niż grzechu sromota, Więc męczennicą stanęła przed Bogiem". Karolina początkowo z woli biskupa L. Wałęgi pochowana została na cmentarz przykościelny, gdzie postawiono figurę Najświętszej Maryi Niepokalanej, z napisami upamiętniającymi wydarzenie. U góry czytamy:

"Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą"; zaś nieco niżej: "Tu spoczywa śp. Karolina Kózka, męczennica z ostatniej wojny światowej, ur. 2 VIII 1898 - zamordowana 18 XI 1914 r.". Po prawej stronie postumentu: "Duszo dziewicza, przed tronem Boga proś za nami i wypraszaj nam więcej takich dusz niewinnych". Po lewej stronie: "Kochanej córce postawili rodzice". W trzecią rocznicę śmierci ekshumowano ciało Karoliny, umieszczono je w metalowej trumnie i przeniesiono z cmentarza grzebalnego na cmentarz przykościelny. Uroczystości przeniesienia przewodniczył biskup L. Wałęga. W wygłoszonym wówczas przemówieniu zaznaczył, iż nie przybył, aby kanonizować Karolinę, ponieważ tego dokonać może jedynie odpowiednia władza kościelna, lecz aby cnocie oddać cześć. Proces beatyfikacyjny odkładany był z roku na rok. Powodem były wojny, trudne

czasy powojenne, powodem były też częste zmiany względnie vacat na stolicy biskupiej, a wreszcie nowe, palące problemy, którym Kościół tarnowski musiał stawiać czoła. Niemniej już w r. 1949 biskup Jan Stępa mianował Postulatora i Wicepostulatora sprawy. Niestety, ciężka choroba a potem śmierć Biskupa uniemożliwiły podjęcie prac w tym kierunku. W rezultacie wszystkie etapy prowadzenia spraw, począwszy od otwarcia w 1965 r. procesu informacyjnego, przypadły biskupowi tarnowskiemu Jerzemu Ablewiczowi. W Liście postulacyjnym do   Kongregacji pisał między innymi: "Biskup jest stróżem pośmiertnej chwały tych, którzy za życia dali przykład szczególnej miłości Boga. Świadom tego obowiązku, a także idąc za głosem kapłanów i wiernego ludu, postanowiłem wszcząć proces informacyjny dla wyniesienia na ołtarze Sł. Bożej Karoliny Kózka, która dnia 18 listopada 1914 r., w siedemnastym roku życia, poniosła śmierć męczeńską, w obronie dziewictwa i czystości,

w wiosce Wał-Ruda, parafia obecnie Zabawa, diecezja tarnowska w Polsce". Im więcej ta misja wymaga trudu i ofiary, tym radośniejsza może być świadomość, że oto w pamięci wiernego ludu nie zaginą ci, "którzy za życia dali przykład szczególnej miłości Boga". Dnia 30 czerwca 1986 r., w obecności Ojca Świętego Jana Pawła II, został promulgowany "Dekret o męczeństwie Sługi Bożej Karoliny Kózkówny", otwierający drogę do jej beatyfikacji. Dnia 10 czerwca 1987 roku podczas mszy św. na tarnowskich Błoniach, Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił Karolinę Kózkówną - błogosławioną.

Zał. 8.

Ciało Karolci owinięto w białe prześcieradło i powieziono do domu. Po drodze dołączali ludzie, bo wieść rozeszła

się szybko. Szli w milczeniu i łzach jak w orszaku pogrzebowym. W domu przystąpiono do ostatniej posługi, którą

moŜna było oddać umęczonemu ciału. Przystąpiły do niej trzy osoby: akuszerka Rozalia Łazarz, sąsiadka Maria

Pająk i , poniewaŜ w okolicy nie było lekarza, tzw. urzędowy oglądacz zwłok, Jan Baran, który był uprawniony do

wydania świadectwa śmierci. Oni byli pierwszymi i wiarygodnymi świadkami, którym przyszło rozpoznać

przyczynę i okoliczności męczeńskiej śmierci Karoliny Kózki.

Obmywając ciało, odsłaniali krok za krokiem przebieg krwawych wydarzeń. Karolinka była boso, uciekając

zgubiła niezasznurowane trzewiki. Odnaleziono je później w lesie, a takŜe dalej kurtkę brata, którą sama zrzuciła

lub którą zdarł z niej napastnik. Nogi miała pokaleczone kolcami jeŜyn i cierni, a takŜe zabłocone po kolana.

Widać biegła celowo - pomimo bólu - po gęstym poszyciu leśnym, zmierzając ku podmokłym częściom lasu, licząc

na to, Ŝe będąc lekka i zwinna, da radę skakać z kępy na kępę, a goniący ją Ŝołnierz, uzbrojony i w cięŜkim, długim

szynelu utknie w bagnie. Gdy te nadzieje znikły, skierowała się ku brzegowi lasu, gdzie zaczynały się pola.

W sumie ten dramatyczny bieg miał miejsce na przestrzeni około 1 kilometra. Napastnik biegł raz dalej, raz tuŜ, tuŜ

za swoją ofiarą. Determinacja dziewczyny zamieniła jego Ŝądzę we wściekłość. W pewnej chwili wyciągnął

z pochwy długą kozacką szablę i ciął Karolinę w tył głowy. Wtedy dziewczyna zrozumiała, Ŝe walka idzie o Ŝycie,

postanowiła drogo je sprzedać. Obróciła się twarzą do swego kata i gdy podniósł szablę do następnego ciosu, aby

ochronić głowę, chwyciła ręką za koniec ostrza. śołdak wyrwał szablę, przecinając Karolinie palce. Pomimo bólu

i płynącej krwi dziewczyna walczyła dalej. Teraz cios następował po ciosie. Ostatni, szósty, przeciął aortę szyjną

i tchawicę; wtedy dziewczyna upadła na ziemię, śmierć nastąpiła w ciągu kilku minut.

Wszystkie te szczegóły odkrywali ci, którzy z powagą i czcią obmywali ciało zamordowanej. Reszta zebranych,

rodzina, sąsiedzi, klęcząc na podwórzu z zapalonymi gromnicami, odmawiała Ŝaniec. Wszyscy mieli

świadomość, Ŝe uczestniczą w jakimś misterium, którego nie we wszystkim są w stanie pojąć.

Gdy ukończono obmywanie zwłok i ubrano je do trumny, akuszerka Rozalia Łazarz, przez drzwi oznajmiła

zebranym: Nietknięta, widać, Ŝe się broniła przed Ŝołnierzem, nietknięta dziewczyna. Rodzicom spadł z serca

kamień, bo chociaŜ wiedzieli, Ŝe Ŝycia córce nic nie zwróci, jednak wieść, Ŝe uratowała swoją dziewczęcą godność,

podziałała na nich jak balsam. Osoby zajęte ostatnią posługą wobec ciała Karoliny, do których dołączyła jeszcze

matka i wuj Franciszek Borzęcki, zostali powołani do stwierdzenia niewinności zabitej wobec proboszcza, który

zajął się z całą powagą zebraniem wszystkich zeznań o Ŝyciu i śmierci swojej młodziutkiej parafianki. Miał

poczucie, Ŝe dotyka sprawy największego wymiaru: świętości i męczeństwa. To było nie tylko jego odczucie. Gdy

się rozeszła wieść, Ŝe droga wszystkim Karolcia wolała umrzeć, niŜ utracić czystość, od razu jej postać przybrała

w oczach ludzkich znamion świętości. Dotychczas jedna z nich, członek wiejskiej społeczności, wyrosła teraz na

wyŜyny bohaterstwa w umiłowaniu Boga i Jego prawa. Zdumiewało to, Ŝe w ciągu zaledwie 16-tu lat Ŝycia,

chodząc twardo po ziemi swymi pracowitymi nogami, równocześnie głową i sercem sięgała nieba. To były

refleksje, które towarzyszyły dwutysięcznej rzeszy, która odprowadzała jasną, sosnową trumnę Karolci na

cmentarz 6 grudnia 1914 roku.

Zał. 9.

Gdy się rozeszła wieść, Ŝe droga wszystkim Karolcia wolała umrzeć, niŜ utracić czystość, od razu jej postać

przybrała w oczach ludzkich znamion świętości. Dotychczas jedna z nich, członek wiejskiej społeczności, wyrosła

teraz na wyŜyny bohaterstwa w umiłowaniu Boga i Jego prawa. Zdumiewało to, Ŝe w ciągu zaledwie 16-tu lat

Ŝycia, chodząc twardo po ziemi swymi pracowitymi nogami, równocześnie głową i sercem sięgała nieba. To były

refleksje, które towarzyszyły dwutysięcznej rzeszy, która odprowadzała jasną, sosnową trumnę Karolci na

cmentarz 6 grudnia 1914 roku. Zdumiewało uczestnictwo w pogrzebie wielu Ŝołnierzy rosyjskich. Sprawcy

zabójstwa nie odnaleziono. Modlono się za Karolcię i do niej, prosząc o wstawiennictwo u Boga, którego musiała

juŜ widzieć, skoro Chrystus obiecał to ludziom czystego serca. A ona zaniosła przed BoŜy tron nie tylko swoje

czyste serce ale i palmę męczeństwa. Potem jeszcze długo mówiono o niej, wspominając Ŝne wydarzenia z jej

Ŝycia, czyny i słowa. Chciano je zapamiętać jako wskazówkę na przyszłość, przesłanie, sposób na Ŝycie, niezwykłe

Ŝycie....

To samo odnosi się do nas, ludzi współczesnych, gdyŜ święci pozostają młodzi do końca czasów. Więc młoda

Karolina mówi do nas swoim Ŝyciem i śmiercią. Była bardzo wstydliwa i skromna, nie lubiła płochych rozmów

i dwuznacznych Ŝartów. Nazywano Karolinę powszechnie „aniołem w ludzkim ciele”... Nie słyszałam, Ŝeby ją

uwaŜali za jakąś dziwaczkę, słyszałam natomiast, Ŝe ją wszyscy szanowali i kochali wspomina koleŜanka. Nie

chciała wyjść za mąŜ, aby - jak powiedziała - mogła w niebie przebywać z Matką BoŜą. Umyśliła sobie,

Ŝe dobuduje do domu rodzinnego komórkę, w której zamieszka, oddając się modlitwie, słuŜąc Bogu i pomagając

ludziom. Dziś ten rodzaj powołania do konsekracji pozostając w świecie, jest uznany przez Kościół. Czystość była

dla niej wartością ponad inne. Przez nią czuła szczególną więź, jakby pokrewieństwo z Jezusem Chrystusem i Jego

dziewiczą Matką. Oddać ją komukolwiek - to się nie mieściło w jej głowie. Umiłowanie czystości czerpała

z Eucharystii. Karolina uczy nas teŜ korzystania z czasu, aby jak najwięcej czynić dobra. Była gorliwa

w obowiązkach i pełna inicjatyw. Wszędzie jej było pełno: w stowarzyszeniach religijnych, w przygotowaniach do

świąt, pielęgnowaniu obyczajów. Dbała o kapliczkę przydroŜną, sprzątała i ozdabiała kościół. Była pierwsza do

pomocy i do pacierza, zawsze chętna, radosna i praktyczna. Jej ukochaną modlitwą był Ŝaniec. Maryś, - radziła

koleŜance - gdzie tylko się ruszysz, miej zawsze ze sobą Ŝaniec.

Jak intensywnego Ŝycia wewnętrznego i współpracy z łaską trzeba było, aby w tak krótkim czasie osiągnąć

dojrzałość duchową i świętość. Bóg wybrał Karolinę i „przyozdobił szatą zbawienia", aby była znakiem na

dzisiejsze czasy, gdy trzeba walczyć o czystość serca z taką determinacją, jaką ona nam pokazała.

PapieŜ Jan Paweł II ogłosił Karolinę błogosławioną. Miało to miejsce w Tarnowie 10 czerwca 1987 r. podczas

kolejnej pielgrzymki papieŜa do Polski. Dniem jej liturgicznego wspomnienia ustalono dzień narodzin dla nieba –

dzień męczeńskiej śmierci – 18 listopada.

18 listopada 2006 r. biskup tarnowski Wiktor Skworc rozpoczął proces kanonizacyjny błogosławionej Karoliny.

Zał. 10.

Córka tej ziemi.

Jej czystą duszę - jak kroplę rosy,

Jej cięŜkie Ŝycie - jak zboŜa kłosy,

Jej proste serce -jak drzewa w borze,

Bóg wziął do nieba w czci i honorze.

Swe ziemskie troski i Ŝycia trudy,

Włos kasztanowy, a moŜe rudy,

I to, co w krótkim Ŝyciu zrobiła,

Tu w swojej wiosce pozostawiła.

Jest chata, w której mieszkała ona,

W lesie polana jej krwią zroszona,

Rośnie pod chatą ta sama grusza,

Tu gdzieś na pewno krąŜy jej dusza.

I tylko czasy, mówimy, inne.

KtóreŜ to dziewczę jest tak niewinne,

Czy się tak modli młody lub stary?

Choć krew męczeńska to posiew wiary

IleŜ zawiści jest miedzy nami,

ChociaŜ ją wszyscy czcimy wargami

Mówimy o niej, Ŝe Gwiazdą Ludu

Ale nie chcemy dzielić jej trudu.